czwartek, 16 lutego 2017

Jakub Świecicki

Lustro

Od jakiegoś czasu dziwnie się zachowywałem. Czułem się zmęczony, poirytowany, wszystko musiało być tak, jak ja chciałem. Najbliższa rodzina niepokoiła się .Od kilku miesięcy nie wychodziłem na zewnątrz – całymi dniami przesiadywałem w domu. Nie chciałem mieć styczności ze słońcem. Ono mnie paliło, szczypało – nie wiem, jak to dokładnie opisać, ale po prostu nie potrafiłem wytrzymać w jego blasku. Ze znajomymi nie widywałem się od dawna, stałem się typem samotnika, choć wcześniej przez głowę mi nie przeszło, żeby odrzucić wszelkie kontakty z innymi ludźmi. Wszystkie zaczęło się pod koniec drugiej klasy gimnazjum. Nie zdawałem sobie sprawy, jak poważne mogą być te dolegliwości.
Pewnego dnia siedziałem na moim łóżku z książką w ręku, gdy zauważyłem coś niesamowitego. Naprzeciw mnie stało ogromne lustro, ale nie to było powodem mojego niepokoju, albowiem znajdowało się ono tam już dobrych kilka lat. Na co dzień przeglądałem się w nim, układałem sobie włosy lub wykonywałem inne podobne czynności. Zresztą, co ja będę tłumaczył użytkowanie lustra – ważne jest, żeby było cię w nim widać. Tu jednak pojawił się problem, bowiem mnie nie było w nim widać. Wyobrażacie sobie zapewne moje zdziwienie, jak i przerażenie. Z początku powiedziałem sobie w duchu: „To nic takiego. Po prostu jesteś zmęczony i masz zwidy”. Położyłem się więc w łóżku i zasnąłem. To, co działo się ze mną w nocy, może wydawać się straszne. Śniło mi się, że latałem nad miastem i szukałem jakiegoś otwartego okna. Gdy już takowe znalazłem, wlatywałem przez nie i wtedy dopiero zaczynała się prawdziwa zabawa. Krążyłem po pomieszczeniach domowych i poszukiwałem człowieka. Nie miało to żadnego związku z normalnymi relacjami międzyludzkimi,  chciałem po prostu napić się jego krwi. O tak, krew ludzka sprawiała mi przyjemność. Była taka ciepła, taka słodka, a niekiedy gorzka… Nie zabijałem jednak moich ofiar - co to, to nie – pozbawiałem ich wystarczającej ilości czerwonej, cudownej cieczy, aby byli osłabieni. Po nocnym polowaniu wróciłem do domu  i wtedy właśnie się obudziłem. Czułem się jakoś dziwnie, wiedziałem, że coś jest nie tak. Spojrzałem z powrotem w lustro, ale  - tak jak poprzednio -  nie ujrzałem w nim swego odbicia. Była jeszcze jedna rzecz, która mnie niesamowicie przeraziła:  na brodzie i na rękach miałem krew. Nie była to jednak moja krew. Należała do innej osoby, a raczej zaryzykowałbym twierdzenie, że należała do innych osób! I wtedy przypomniałem sobie mój sen, w którym piłem krew ludzką. Przecież to tylko sen, tylko moja wyobraźnia – tłumaczyłem sobie. Skąd jednak wzięła się ta krew? Nie znajdowałem żadnych logicznych wytłumaczeń.
I tak było każdego wieczoru, każdego ranka. Cały czas miałem jeden i ten sam sen. Zmieniały się jedynie budynki, do których wlatywałem przez okna. Nie ukrywam, zaczęło mnie to po pewnym czasie denerwować i zastanawiać. Był tylko jeden sposób, by się dowiedzieć, co mi dolega – internet! Zacząłem czytać stronę za stroną, artykuł za artykułem, forum internetowe za forum i nigdzie nie znalazłem odpowiedzi na moje pytanie. A przecież ta odpowiedź znajdowała się w moim pokoju, a dokładniej na półce z książkami. Była tam lektura, którą dostałem niegdyś od mojego wujka z Anglii. Bohater tamtej opowieści miał dokładnie te same doświadczenia co ja, tylko on dokładnie wiedział, co się z nim dzieje, wiedział, kim jest. Był wampirem! Ale zaraz, zaraz - wampiry nie istnieją Przecież to jest jakaś kompletna bzdura. Ja miałbym być wampirem? To niedorzeczne, niewyobrażalne, niemożliwe! Uświadamiałem sobie to wszystko z rozpaczą. Jak jednak wytłumaczyć inaczej te sny, tę krew, ten brak odbicia w lustrze, ten wstręt do słońca? Miałem jedno wyjście – powiedzieć o tym rodzicom, lekarzowi. Myślałem jednak: „nie, przecież mnie wyśmieją, uznają za jakiegoś wariata…”. Postanowiłem więc zachować to dla siebie.
I tak żyłem z tą świadomością trzy lata. Myślicie, że mi się polepszyło? Nie, z dnia na dzień było coraz gorzej. Nie wystarczało mi już tylko kilka łyków ciepłej, ludzkiej krwi – wypijałem ją całą, przyczyniając się do śmierci setki ludzi. Po jakimś czasie ludzka krew zaczęła mnie jednak lekko mdlić. A wtedy zacząłem atakować psy, koty, zające, króliki i inne zwierzęta. Zawsze, kiedy się budziłem, miałem smak krwi w ustach, ślady na rękach, na bluzce i na spodniach. Aż się dziwiłem, że nikt inny tego nie zauważył, a codziennie mama wchodziła do mojego pokoju, by przynieść mi obiad. Codziennie zaglądała do mnie przed snem i pytała, czy wszystko jest dobrze. Ja zawsze jej odpowiadałem, że jest jak najbardziej w porządku. Nadszedł jednak ten dzień, w którym już nie wytrzymałem. Jak zawsze, mama weszła do mojego lokum. Nie miała ze sobą obiadu, weszła, aby zakomunikować mi smutną wiadomość  - mój dziadek zmarł w nocy. Skurcz złapał mnie za żołądek, nie mogłem wykrztusić żadnego słowa. Dobrze wiedziałem, co się stało. W nocy odwiedziłem dom mojego dziadka. Nie miałem jednak żadnego wpływu na to, iż właśnie tam się znalazłem. Czułem jego krew, która aż wołała, żeby ją wyssać. Zrobiłem to! Dopiero tego ranka zdałem sobie sprawę z tego, co uczyniłem i co robiłem przez wiele miesięcy. Zabiłem własnego dziadka, wyssałem mu całą krew! Nigdy się tak podle nie czułem. Choć wiedziałem od dawna, że jestem wampirem, to dopiero w tym momencie dotarła do mnie całość mych zbrodni. Podjąłem decyzję: nie może żyć na tym świecie ktoś taki jak ja!
Pogoda tego dnia mi sprzyjała. Padał deszcz, niebo było zachmurzone - wprost idealnie dla wampira. Wyszedłem więc z mojego pokoju, ubrałem bluzę, adidasy, założyłem kaptur i bez słowa pożegnania opuściłem dom. Cel miałem wyznaczony - dach najwyższego wieżowca w moim mieście. Ten stumetrowy budynek był idealnym miejscem do popełnienia samobójstwa. Gdy już znalazłem się na dachu, jeszcze raz pomyślałem o tych wszystkich, których nawiedzałem nocami. Łzy napłynęły mi do oczu. Podszedłem do krawędzi. Stałem tak na niej dobre piętnaście minut. Nie mogłem, nie potrafiłem tego zrobić, choć bardzo chciałem. Zupełnie nieświadomy, stojąc na krawędzi własnego życia, zauważyłem w dole jakieś dziwne kształty. To były służby ratunkowe: straż, policja, karetka. Inni ludzie zauważyli, jak wchodziłem na górę i stanąłem na dachu. Natychmiast powiadomili tych, których należało powiadomić. Policja wezwała moich rodziców. Widziałem ich,  płakali i prosili, żebym zszedł na dół, żebym tego nie robił. Łzy po raz kolejny zalały mi twarz. Wiedziałem, że nie potrafię skoczyć, ale jednocześnie nie mogłem też wrócić na ziemię. Po chwili uświadomiłem sobie, iż za mną ktoś jest. To byli policjanci. Próbowali mnie przekonać, bym zszedł z nimi. Już się odwracałem, by chwycić dłoń najbliższej policjantki, gdy nagle poślizgnąłem się. Spadałem. Leciałem dość długo, a w duchu odmówiłem wszystkie modlitwy, przepraszając Boga za moje życie. Usłyszałem dźwięk uderzenia i wtedy straciłem przytomność. Obudziłem się w szpitalu, koło mnie znajdowała się mama. Płakała, pytała, co mnie skłoniło do tego kroku. Nie mogłem, nie potrafiłem jej na to odpowiedzieć. Dowiedziałem się o wizycie u psychologa, którą zamówiła. I wtedy powiedziałem sobie: „Nie ma już wyjścia, trzeba temu psychologowi wszystko powiedzieć”.
Jak postanowiłem, tak się stało. Powiedziałem mu o tym, co się ze mną działo przez ostatnie lata. Wydusiłem to z siebie, pozbyłem się ogromnego ciężaru, który zatruwał mój mózg, mój organizm. Czułem się wreszcie wolny od mej tajemnicy.
A teraz? Siedzę i patrzę w kąt zamknięty w czterech ścianach. Pielęgniarka (cudownie krwista) codziennie rano, po południu i wieczorem przynosi mi leki. Raz w tygodniu odwiedzają mnie rodzice, tak samo jak i inni rodzice swoje dzieci w szpitalu psychiatrycznym. Ja jednak wiem, że nie jestem chory. To nie jest żadna schizofrenia! Ja nie miałem zwidów! Mam tylko nadzieję, że nauczę się kontrolować moje zachowanie. Cóż, poniekąd ten psychiatryk pomaga mi. W każdym oknie są kraty, które uniemożliwiają mi wyfrunięcie na zewnątrz. A póki co, nie czyniłem żadnych podróży do innych domostw, nie piłem krwi już miesiąc. Nie łudźcie się jednak, iż to się utrzyma. Ja byłem, jestem i pozostanę wampirem już na zawsze.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza